poniedziałek, 15 lutego 2016

Sowa! - Wracam na Bloggera?

Minęły długie cztery miesiące, zanim znowu palce zaczęły świerzbić, a mózg myśleć tylko o tym, jak bardzo tęsknię za pisaniem Dramione. Nie wiem dlaczego nastąpiła ta długa przerwa. Mam nadzieję, że jeszcze mnie pamiętacie. :)
A więc - wracam. Właśnie skończyłam czytać swoje rozdziały. Niestety z przykrością zobaczyłam, że cz. I rozdziału VI została usunięta z niewiadomego mi powodu. Może nie tyle skasowano ją, jednak znów jest to wersja robocza i zawiera tylko mój wstęp i parę pierwszych linijek... i nijak nie da się tego odzyskać. Jestem zrozpaczona faktem, że chyba będę musiała napisać ten rozdział od początku, a nie pamiętam z niego wiele. Mam więc nadzieję, że wybaczycie mi zmiany, które w nim nastąpią.
Publikację rozdziału przewiduję na jutro, czyli 16.02.15, godzinę 20:00, jak zawsze. Liczę na Waszą wyrozumiałość. :)

wtorek, 8 września 2015

Rozdział V

Lumos! Zacznę od faktu, że jestem z siebie bardzo dumna, bo rozdział nareszcie ma jakąś długość! Nie idealną nadal, niestety, ale przewyższył poprzedni w liczbie słów
Akcja - powoli zaczyna się rozkręcać! Nie tylko wątek przygodowy, a i Dramione - w tym rozdziale jest go całkiem sporo, jak i samego Draco, którego poznacie dzisiaj od zupełnie innej strony - od mojej strony, jednak nadal kanonicznej, przynajmniej według mnie. Myślę, że po przeczytaniu tego rozdziału warto wrócić na chwilę do mojego prologu, wtedy wiele rzeczy może się rozjaśnić. :) W skrócie - zobaczycie, jak ja odbieram postać Draco i kto wie, może i Wy go tak odbieracie? Ponadto szykuję dla Was dwie duże niespodzianki, a w tym rozdziale zostały one ukazane Wam trochę na opak - tak, by Wasze zdziwienie było i większe, gdy w przyszłych rozdziałach dowiecie się prawdy. :
No to nie przedłużając - liczę, że się spodoba i czekam na opinie! Nox!
Leth 

PS. Dostałam kolejną nominację do Liebster Award, obie wkrótce zostaną dodane na bloga.
PPS. Jak może wiecie, staram się by to opowiadanie było jak najbardziej kanoniczne. Z tego powodu nie robiłam z Blaise'a oraz Draco wielkich przyjaciół, bo w książce nic takiego nigdy nie miało miejsca. :)




Świat magii jest w niebezpieczeństwie. Zbliża się wojna.

Zbliża się wojna.

Zbliża się... 



      Hermiona poczuła, jak grunt osuwa się jej pod nogami. Już dwa pierwsze zdania sprawiły, że ledwo trzymała się w pozycji stojącej. Pochwyciła się ramienia Neville'a, niczym koła ratunkowego na wzburzonym morzu myśli, które w tamtym momencie przebiegały jej przez głowę. Poczuła na sobie wzrok mężczyzny. Spojrzała w dobrotliwe tęczówki, które chwilę później skierowały się do dwójki pozostałych aurorów, stojących obok drzwi i wpatrujących się w nich z konsternacją.
- Nie chciałbym podważać waszego autorytetu, jako aurorów - odezwał się niepewnym głosem właściciel owych tęczówek - jednak czy mógłbym poprosić was na chwilę sam na sam razem z Hermioną oraz panią dyrektor? - spytał, a mężczyźni posłusznie, choć z widoczną niechęcią wyszli, zostawiając ich samych. 

- Dlaczego tak zareagowaliście? Czemu ich wyprosiłeś, Neville? Co się stało? - spytała McGonagall z przestrachem, podchodząc do dwójki byłych podopiecznych. 
- Kingsley poprosił, bym nikomu, kto nie należał kiedyś do Zakonu Feniksa nie pokazywał treści tego listu. Wiem, że to aurorzy i że może przesadzam, ale nie ufam Malfoyowi. Szczerze mówiąc, nigdy nie darzyłem go specjalną miłością... - odpowiedział Longbottom, uśmiechając się słabo. - Ale najlepiej będzie, jeśli po prostu przeczytacie ten list.
Hermiona skinęła głową i ujęła pergamin w dłonie. Obok niej zaraz stanęła profesorka, która zaczęła szybko śledzić tekst swoimi kocimi oczami.


Świat magii jest w niebezpieczeństwie. Zbliża się wojna. Przykro mi, że przyszło mi obwieszczać to w taki sposób, jednak wiem, że tylko w ten sposób ta wiadomość nie dotrze w niepowołane ręce. Gdyby został zaadresowany do Minerwy McGonagall, szmalcownicy albo czarnoksiężnicy od razu by się o tym dowiedzieli i spróbowali tę wiadomość przechwycić. Chciałbym zatem, żeby dostęp do tego listu miały dostęp tylko osoby, które niegdyś należały do Zakonu Feniksa lub chociażby do Gwardii Dumbledore'a, jeśli chodzi o młodych czarodziejów, bo tylko Wam mogę w pełni zaufać.

Prawda jest taka, że już od dłuższego czasu oswajałem się z myślą, iż wojna się nie skończyła, a przynajmniej nie na dobre. Dopiero dnia, gdy wszyscy czarnoksiężnicy zostaną wyłapani i wtrąceni do Azkabanu, nadejdzie spokój w czarodziejskim świecie. Jak powszechnie wiadomo, wielu z popleczników Voldemorta zdołało uciec. Ponadto podejrzewam, iż sami-wiecie-kto miał ukryte wojska, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. To wszystko nie miałoby tak ważnego znaczenia, gdyby nie fakt, iż doszły do mnie doniesienia o osobach, które twierdzą, iż widziały Śmierciożerców. Ponadto jest jeszcze coś. Dowiedziałem się o tajemniczych, okropnych zniknięciach. Przykro mi, że muszę tak straszne wiadomości przekazywać listownie, jednak nie mam możliwości spotkać się z Wami. Mianowicie... dzieci znikają. Już czwórka małych dzieci, w przedziale wieku od dwóch lat do czterech, zniknęły jak kamień w wodę. Stało się to w odstępach czasowych dokładnie trzech dni między każdym.
Nie byłbym aż tak zaniepokojony tym faktem, gdyby nie jeden, ważny szczegół.
Wszystkie te dzieci mają zdolności magiczne, ale pochodzą z mugolskich rodzin. 



       Hermiona głęboko nabrała powietrza. Wiedziała, że to nie mógł być przypadek. Zamknęła oczy i policzyła do pięciu, by kontynuować czytanie.
 
Myślę, że sami zdołaliście już wywnioskować, jak ważne znaczenie mają te tajemnicze porwania. Podejrzewam, że stoją za tym Śmierciożercy. Nie znam ich planów, ale przysięgam, że się dowiem, jednak sam nie jestem w stanie tego zrobić.
W tym momencie dochodzimy do meritum listu. Potrzebuję Waszej pomocy. Potrzebuję ludzi. Mam aurorów, to prawda. Jednak dopóki wojna nie skończy się na dobre, nie mogę polegać na ludziach, których znam tylko w tej połowie, którą zechcieli sami mi pokazać. Potrzebuję zaufanych, dobrych czarodziejów, z którymi już współpracowałem, więc o to moja prośba:
Nalegam, by organizacja pod nazwą Zakon Feniksa została reaktywowana.


Potrzebujemy ludzi, którym możemy zaufać. Którym, wiemy, że nas nie zdradzą, i że w stu procentach walczą po naszej stronie. Chcę, byście skontaktowali się z następującymi osobami, oraz przekazali im datę i miejsce naszego pierwszego spotkania. Pokładam odpowiedzialność poinformowania ich na barkach Neville'a Longbottoma, oraz Minerwy McGonagall. Hermiona Granger natomiast ma obowiązek dostarczenia tej wiadomości Ronaldowi Weasleyowi oraz Harry'emu Potterowi.
Data i miejsce pierwszego spotkania Zakonu Feniksa: 1 lutego, Grimmauld Place 12 (bez tymczasowego pozwolenia Harry'ego Jamesa Pottera, jednak jest to sprawa wyższej wagi)

Członkowie, których poinformowaniem macie zająć się Wy:
Harry James Potter
Ronald Weasley
Hermiona Jean Granger
Neville Longbottom
Minerwa McGonagall 

Severus Snape
Luna Lovegood
Ginevra Weasley 

Rubeus Hagrid
Aberforth Dumbledore

Charlie Weasley
George Weasley
Artur Weasley
Molly Weasley
Bill Weasley
Fleur Weasley
Percy Weasley
Olimpia Maxime
Filius Flitwick
Horacy Slughorn
Lee Jordan

Parvati Patil
Padma Patil
Dean Thomas 

Dennis Creevey
Angelina Johnson

Katie Bell
Alicja Spinnet
Oliver Wood
Ernest Macmillian
Justin Finch-Fletchey
Susan Bones
Hanna Abott
Zachariasz Smitch

Cho Chang
Terry Boot
Michael Corner
Anthony Goldstein

Jak widzicie, nazwisk jest dość dużo, poza tym sam mam zamiar zaprosić jeszcze parę osób. Spodziewam się jednak, że nie każdy wyrazi chęć pojawienia się i w pełni to akceptuję. Dlatego proszę, byście nie zmuszali nikogo do wzięcia udziału w reaktywacji Zakonu.
Do zobaczenia pierwszego lutego.

Z poważaniem,
Kingsley Shacklebolt, Minister Magii 




      Hermiona skończyła czytać i dopiero wtedy poczuła, że jej zęby boleśnie wbijają się w wargę. Poczuła na sobie wzrok dyrektorki, której spojrzenie wyrażało, że list wywarł na niej nie mniejsze wrażenie. 
- Więc to pewne. - wyszeptała - Zaczyna się wojna. 
- Przykro mi, panno Granger - usłyszała zazwyczaj kojący głos dyrektoki, który jednak w tamej chwili był napięty niczym struna - ale wygląda na to, że wojna nigdy się nie skończyła.



      Zmierzchało, gdy podążali leśną dróżką ku Hogsmeade. Paul zaprzestał wreszcie prób wyciągnięcia z młodej czarownicy treści listu i wlókł się za nią jak zbity pies. Draco, o dziwo, podążał obok niej, w około metrowej odległości, ze spuszczoną głową i aż nazbyt obojętnym wyrazem twarzy. Hermionie zdawało się, że jest czymś zmartwiony, jednak nie pytała - w końcu był to tylko Malfoy. 
      Dziewczyna wypuściła głośno powietrze. Ciemna droga oświetlona była tylko przez zawieszone niegdyś na drzewach przez Hagrida latarnie, które rzucały delikatny blask na przypruszoną śniegiem ziemię. Rześkie, wieczorne, zimowe powietrze łaskotało Hermionę w płucach, jednak bynajmniej nie było to nieprzyjemne łaskotanie. Jedyną rzeczą, jaka w tamtym momencie wadziła byłej Gryfonce, była ta nieznośna cisza, która sprawiała, że miała ochotę krzyknąć. Naprawdę irytowało ją, że żaden z jej towarzyszy nie miał nic ciekawego do powiedzenia. A właściwie chodziło tylko o Paula, bo przecież co miałyby ją obchodzić słowa Malfoya. 
     Podniosła wzrok i spojrzała na bok, na blondyna. Szedł równomiernym krokiem, jego dłonie były zaciśnięte, a z ust wydobywał się obłoczek pary, która powstała na skutek zimowego powietrza. Nagle mężczyzna, jakby wiedziony instynktem skierował swoje stalowe tęczówki na Hermionę, która przyłapana na podglądaniu opuściła oczy, starając się nie zarumienić. Ku jej zdumieniu, na ustach byłego Ślizgona wykwitł drwiący uśmieszek. 
- Proszę, proszę, Granger. Widzę, że nawet ty uległaś mojemu naturalnemu urokowi i musisz się pilnować, żeby nie obłapiać mnie wzrokiem. 
- Zamknij się, Malfoy. - wycedziła dziewczyna - po pierwsze, w życiu nie podobałby mi się ktoś twojego pokroju. A po drugie, przecież ty masz już swoją panienkę. Nie wiem co robicie u ciebie w gabinecie, ale dzięki ci Merlinie za zaklęcie silencio, bo chyba bym zwymiotowała. 
- Cóż, jakby ci to powiedzieć, Granger... robimy rzeczy, o których ty z twoim ...ugh... lovelasem możecie tylko pomarzyć. - blondyn zaniósł się cichym, szyderczym śmiechem, a Hermiona poczuła, jak płoną jej policzki. Nie chciała jednak dawać mu satysfakcji, więc jedynie prychnęła cicho, próbując pokazać, że nie przejmuje się jego odzywkami. Przed samą sobą musiała jednak przyznać, że ten egoista miał trochę racji. Choć życie łóżkowe Hermiony Granger nie było martwe, to nie było też idealne. Delikatne, subtelne, owszem. Ale namiętności zawsze tam brakowało, a czarownica doskonale zdawała sobie z tego sprawę. 
      Chwilę później perlisty śmiech ucichł, ale Hermiona znów poczuła na sobie wzrok Malfoya. Czuła, że przygląda się jej, że przewierca ją na wylot tymi błyszczącymi, błękitnymi tęczówkami, jednak zachowała resztkę siły, by nie odwrócić głowy i spojrzeć na mężczyznę. W efekcie całą drogę przeszła, zaciskając mocno zęby oraz pięści, myśląc jedynie o tym, by dotrzeć już na miejsce. Była to dla niej męcząca podróż, jednak gdy znalazła się wreszcie we własnej łazience i obmyła zakrwawione wargi, mogła sama przed sobą przyznać, że Malfoyowi nie udało się wyprowadzić jej z równowagi, a był to powód do dumy.  
       Położyła się na łóżku i choć wcześniej oczy wydawały się jej kleić ze zmęczenia, teraz była dość rozbudzona. Przywołała w głowie jeszcze jedno wspomnienie z dzisiejszego dnia, które nie dawało jej spokoju. 
     Kiedy wracali z Hogwartu, mniej więcej w połowie drogi, Hermiona tknięta nagłym impulsem odezwała się, nie patrząc nawet na blondyna:
- Malfoy... - zaczęła niepewnie, nie wiedząc jak ubrać w słowa swoje pytanie, by on nie odpowiedział jej jakąś arogancką odzywką - Chciałabym się czegoś dowiedzieć i sądzę, że ty jesteś najlepszą osobą, by mi na to odpowiedzieć.
- No proszę, Granger czegoś ode mnie chce! - zawołał mężczyzna z zawadiackim uśmiechem, jednak zaraz potem skierował na nią swoje błękitne tęczówki, a w nich połyskiwało coś jakby na kształt zaciekawienia.
- Cóż... chodzi o Blaise'a Zabiniego. - powoli dobierała wyrazy - Wiem, że się z nim zadawałeś, więc...

- Szczerze mówiąc, nigdy specjalnie się nie przyjaźniliśmy. - sprostował blondyn, jednak jego głos pozostawał zaskakująco spokojny i opanowany. Wyprany z jakichkolwiek miłych emocji, prawda. Ale Hermiona nie usłyszała w nim także ani śladu sarkazmu oraz arogancji, co było dla niej nie lada zaskoczeniem. Popatrzyła w jego stronę, lecz pożałowała tego, gdy natrafiła na błękitne, wpatrzone w nią tęczówki. Utrzymała jednak spojrzenie i słyszała jako kontynuuje:
- Byliśmy tylko kolegami z roku. Owszem, dzieliłem z nim dormitorium, parę razy nawet był u mnie z wizytą. Jednak to głównie przez fakt, że nasi ojcowie się znają, on nawinął się tylko przy okazji. Jeśli chodzi o coś bardziej intymnego, to nie raczej nie będę w stanie ci odpowiedzieć, Granger.

- Intymnego... cóż, po prostu chciałabym... to znaczy...
- Na Merlina, panna-wiem-to-wszystko nie wie co powiedzieć? - tym razem w jego głosie pojawiła się nutka ironii, jednak była ledwo dostrzegalna i w jakiś dziwny, pokręcony sposób... przyjemna. - Powinienem zapisać tę datę w kalendarzu! Naprawdę Granger, wal, bo nie wyrobię.
- Chodziotożechciałamcięspytaćczyonmadziewczynę. - wypaliła Gryfonka, odwracając głowę, w nadziei, że uda jej się ukryć potężny rumieniec, który wykwitł na jej policzkach. Bała się reakcji chłopaka, jak się okazało - względnie słusznie. Do jej uszu dobiegł dźwięk jakby krztuszenia się i stłumionego śmiechu:
- Serio, Granger? Pytasz mnie, czy Zabini jest wolny? - tym razem blondyn nie powstrzymał ironi w swoim głosie.
- No... tak. - odpowiedziała speszona dziewczyna. Zaraz potem szybko sprostowała - Nie zrozum mnie źle, nie chodzi mi o to, że mogłabym się w nim  z a k o c h a ć. Przecież oboje wiemy, że Ślizgoni to egoistyczne świnie.

Chłopak mruknął jakąś obelgę o szlamach w odpowiedzi, ale młoda czarownica puściła ją mimo uszu, czekając na właściwą odpowiedź, która faktycznie nastąpiła zaraz potem:
- Nie chcę cię martwić, Granger, ale raczej nie masz u niego szans. On woli bardziej... wyzwolone dziewczyny. - powiedział, ironicznie się przy tym uśmiechając. 
- Jeśli przez wyzwolone masz na myśli puszczalskie, a i ty i ja wiemy, że właśnie o takie ci chodziło, to mogę uznać za komplement, że mnie za taką nie uważasz. 
- Jeśli porównywać ciebie i puszczalskie dziewczyny, Granger, to właściwie przechodzimy ze skrajności w skrajność. - zaśmiał się arystokrata - Ale odpowiem wreszcie na twoje pytanie. Cóż, w tej chwili z tego co mi wiadomo, Diabeł dostał się do profesjonalnej drużyny Quidditcha i twierdzi, że na razie chce skoncentrować się na rozwijaniu zawodu niż na kobietach. Jak go znam, to takie wytłumaczenie może znaczyć tylko dwie rzeczy. Albo się zakochał, co jest prawie niemożliwe, albo serio nie myśli teraz o stałym związku (jakby kiedykolwiek myślał) i będzie sobie brał do łóżka panny na jedną noc, oczywiście codziennie inną. Przykro mi, Granger, ale w obu przypadkach nie masz szans.
Hermionie wydało się wtedy, że Malfoy mrugnął do niej, jednak zaraz potem przepędziła z głowy tę absurdalną myśl. I tak była zaskoczona, że ten tleniony arystokrata zechciał z nią porozmawiać - ba, odpowiedział na jej pytanie i to bez wielu wyzwisk, co było nie lada wyczynem. Czyżby Dracon dojrzał na tyle, by nie mieszać jej z błotem, albo ignorować kompletnie przy każdym ich spotkaniu? W tamtej chwili, choć nadal najsilniejszym uczuciem, jakie do niego żywiła była nienawiść, jeszcze jeden skrawek emocji pojawił się w jej sercu. Ku swojemu własnemu zdziwieniu musiała przyznać, że była to... wdzięczność. Spojrzała więc na chłopaka, który znów szedł z opuszczoną głową, pogrążony we własnych, egoistycznych, ślizgońskich myślach. ''Dziękuję'' - szepnęła cicho, wątpiąc, że mógł ją usłyszeć; jego twarz nie drgnęła nawet, w jakimkolwiek znaku. Hermiona jednak nie powtórzyła, tylko przyśpieszyła kroku, a ich spojrzenia nie skrzyżowały się już więcej tego dnia. 




      Draco leżał na swoim łóżku w samych spodniach od pidżamy. Wypracowane mięśnie brzucha malowały się gładko na jego torsie, a intensywnie czarny Mroczny Znak emanował tajemniczością, kontrastując z mlecznobiałym kolorem jego skóry. Poczuł na sobie lustrujące spojrzenie i podniósł głowę, natrafiając na oczy Paula, który wpatrywał się w niego z wyraźnym niepokojem.
- Jak długo chcesz udawać, że nic się nie stało? - usłyszał szorstki głos mężczyzny - Jak długo masz zamiar zachowywać się, jakby wszystko było w zupełnym porządku? Przecież dobrze wiesz, że tak być nie może! Musisz się dowiedzieć prawdy! Nie mów, że Cię nie interesuje!
- Wiesz, że mnie interesuje i że mam zamiar się dowiedzieć! Czego jeszcze chcesz? - odpowiedział, ze zdziwieniem słysząc, że jego własny głos jest jeszcze bardziej szorstki, choć wcale nie miał zamiaru go takim zrobić.
- Musiałem wlec się za Tobą i Grangerówną, słysząc, jak odzywasz się do niej takim tonem! Naprawdę nie widzisz, że to nic ci nie da, że wobec tej kobiety musisz postępować inaczej!? 

- Odwal się ode mnie, Bickduel. Będę robić co mi się podoba, a ty się w to nie wtrącaj. 
Blondyn wstał i wszedł do łazienki, trzaskając za sobą drzwiami. Oparł się o framugę drzwi, oddychając ciężko, jakby co najmniej stoczył z kimś pojedynek. Przymknął oczy i powrócił w głowie do tamtej chwili.

- Przykro mi, Granger, ale w obu przypadkach nie masz szans. - powiedział Draco, śmiejąc się w duchu z czarownicy. Wiedział, że nie mogła zakochać się w Diable, przecież to nie było w jej stylu. Jednak z jakiegoś powodu chciała znać odpowiedź na swoje pytanie, które, notabene, było co najmniej dziwne. ''Irytująca jak zawsze, nawet nie podziękuje'' - pomyślał i wreszcie odwrócił głowę, znów obierając za cel leśną dróżkę. Wtedy, jak na zawołanie, do jego uszu dobiegł cichy szept Gryfonki. Podziękowała mu, prawie niedosłyszalnie, ale jednak. On sam nawet nie mrugnął, udając, że nie zdołał uchwycić tego jednego, krótkiego słowa, a dziewczyna chwilę później wyprzedziła go i szybkim krokiem podążyła w stronę Hogsmeade. Nie obejrzała się już ani razu, nie zadała ani jednego pytania, a i on nie nawiązał rozmowy. Zresztą, po co miałby. Była to w końcu tylko Granger, mała, wredna, zadufana w sobie kujonica. Nienawidził jej, tak jak nienawidził Pottera i Łasica. Nie była to jednak nienawiść z zazdrości, ani nawet nienawiść spowodowana statusem krwi. Nie cierpiał ich, bo zrujnowali mu życie. Nie własnymi rękami, ale jednak byli głównym powodem wielu problemów Dracona. Nienawiść ojca, ciągłe powtarzanie, że Potter jest sławniejszy, że gra lepiej w Quidditcha, Weasley jest odważniejszy, a Granger ma lepsze oceny. To z ich powodu przecież Voldemort zwerbował go do Śmierciożerów, z ich powodu musiał zabić Dumbledore'a. Z ich powodu życie jego i jego matki było w ciągłym niebezpieczeństwie, Czarny Pan znany był przecież z tego, że zabijał podwładnych, gdy któreś z ''Golden Trio'' - jak ich nazywali - go zdenerwował. Przecież gdyby Snape nie zabił Dumbledore'a, Lord zemściłby się na Draconie i na Narcyzie. Młody Malfoy dobrze o tym wiedział, już odkąd był dzieckiem. Szczerze nienawidził tej trójki odważnych, przyjacielskich, słodkich dzieciaków, które już pierwszego roku pokazały, jakie są wspaniałe.
      W tamtej sekundzie jednak przez chwilę nie myślał o tej nienawiści, a nawet jeśli, to została ona lekko przysłonięta przez nieznane jeszcze do końca Draconowi uczucie. Przez chwilę zdawało mu się - oczywiście zdawało, przecież była to tylko Granger - że ktoś nie rozmawiał z nim tylko ze względu na to, że dobrze wygląda, ma dużo pieniędzy, że jego ojciec jest osobą, której należy się obawiać. 
      Draco oparł się dłońmi o umywalkę i wziął kilka głębokich oddechów. Spojrzał na swoje odbicie w brudnym lustrze, które wisiało na ścianie. Widział chłopaka, a właściwie już mężczyznę, którego wyraz twarzy był zupełnie obojętny. Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu jedynie grymas, który także nie wyrażał żadnych emocji. ''Wewnątrz człowiek się oszukuje, uśmiech nie zawsze jest prawdziwy. Tylko oczy - one nigdy nie nauczą się kłamać.'' - chłopak przypomniał sobie słowa, które niegdyś powtarzała mu matka. Poczuł nadzieję, jednak gdy spojrzał w swoje srebrne tęczówki... nie dojrzał nic. Ani śladu uczuć, tylko nieprzenikniona maska obojętności. Miał ochotę krzyczeć, ale nie był w stanie. Miał ochotę się rozpłakać, ale nie potrafił. Jedynym, co w tamtej chwili mógł zrobić, była jedna, jedyna rzecz, którą wykonał impulsywnie. Jeden ruch, dźwięk tłuczonego szkła, krew na jego dłoni, gdy odłamki lustra boleśnie się w nią wbiły. Usłyszał krzyk Paula z pokoju, jednak nie zareagował. Był jak w transie. Oparł się plecami o ścianę i zsunął na podłogę. Dopiero wtedy z jego oczu popłynęły dwie nieme łzy.



- Hermiona, Harry, Ron; Zakazany Las - powiedziała przy śniadaniu następnego dnia Jasmine, czytając grupy, w jakich tego dnia mieli patrolować teren wokół Hogsmeade w poszukiwaniu byłych Śmierciożerców - Paul, Draco i ja zajmiemy się polami z drugiej strony zamku. Jak już mówiłam, wczorajsze poszukiwania jakichkolwiek świadków czy śladów nie dały rezultatu. Ponadto, dziś wieczorem wybierzemy się na spotkanie z człowiekiem, który zobaczył Thorifinna Rowle niedaleko wioski. Uznałam, że może nie powiedział wszystkiego, albo o czymś zapomniał. Wysłałam do niego posłańca, zaraz powinien wrócić z potwierdzeniem spotkania.
      Wtedy do karczmy, jak na zawołanie, wpadł młody chłopak, na oko w wieku trzynastu lat. Był czerwony na twarzy, widać było, że biegł całą drogę. Podbiegł do stolika i oddychając ciężko wycharczał:
- N-nie udało się zorganizować spotkania, pani...
- Jak to się nie udało? Przecież ci zapłaciłam - odpowiedziała Jasmine z nierozumiejącym wyrazem twarzy.
- Nie o to chodzi, pani. Ten człowiek... nie żyje. 


(Zapraszam do zostawienia swojej opinii :)) 

wtorek, 1 września 2015

Sowa!

Lumos! Dziś wysyłam do Was sowę z następującą informacją - z powodu rozpoczęcia się roku szkolnego rozdziały będą dodawane nie co tydzień, a co dwa tygodnie. Również rozdział, który miał być opublikowany dnia dzisiejszego pojawi się dopiero 8 września. Niestety jestem zmuszona to zrobić, ale moje rozdziały na pewno lepiej na tym wyjdą. Mam nadzieję, że zrozumiecie. :) Nox!
Pozdrawiam czytelników (których swoją drogą jest coraz więcej, co bardzo mnie cieszy!)
Leth.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział IV

Lumos. Powiem na wstępie, że wiem, iż długość jest okropna. Niestety zaczęłam pisać zdecydowanie za późno, bo w dniu publikacji. Przepraszam, miałam ciężki tydzień. Dalej - staram się jak mogę, by opisać dorosłą Hermionę dobrze, nie jest to jednak łatwe. Próbuję przedstawić ją jak najbardziej normalnie, by oddawała swój charakter poprzednich lat i jednocześnie była młodą, jednak dojrzałą już kobietą, i w tym samym czasie nie robić typowo blogaskowatego zagrania, robiąc z niej zaokrągloną we właściwych miejscach, malującą się i modnie ubierającą seks bombę. Jak już jednak mówiłam, jest to jednak dość trudne, więc mam nadzieję, że zrozumiecie, że Hermiona jako dorosła, w pełni wykształcona kobieta ma teraz i inne potrzeby. Cóż, nie będę zanudzać. Zapraszam do czytania, nie jedzcie mnie za długość.
Poproszę wszystkich czytających o opinię, bo bardzo mi na nich zależy. Dziękuję. Nox.
Wasza Lethorin

PS. Zostałam nominowana do Liebster Blog Award, więc strona jej dotycząca niedługo pojawi się na blogu, jak tylko znajdę chwilę. :) 




Soundtrack:
Yiruma - River Flows in You


      Hermiona wyglądała przez okno. Był środek nocy, a Jasmine spała już smacznie w swoim łóżku. Młodsza dziewczyna jednak nie mogła zasnąć. Pomimo, iż jej powieki zdawały się być wyjątkowo ciężkie, nie potrafiła zmusić swojego ciała do odpoczynku. Coś nie dawało jej spokoju, pukało prosto do jej umysłu, nie pozwalając zasnąć. Jej umysł zaprzątało milion rzeczy i jednocześnie nic, w tym samym momencie. 
      Podeszła do półeczki nad swoim łóżkiem i wyciągnęła z niego małą szkatułkę. Była to jedyna ważna rzecz, którą wzięła na misję. Otworzyła pudełeczko i spojrzała na zawartość. Listy, jej egzemplarz Baśni Brada Beedle'a... jednym słowem przedmioty, które miały dla niej znaczenie. Odetchnęła i wyłowiła ze środka ręką mały, srebrny wisiorek. Jego zawieszka była w kształcie dwóch, połączonych ze sobą serc. Dziewczyna zamknęła szkatułkę i odłożyła na łóżko, a rękę wciąż zaciskała na łańcuszku, który zdawał się palić ją w dłoń. Już go nie nosiła, choć wiedziała, że powinna. Dostała go od Rona, na osiemnaste urodziny. Był jak deklaracja miłości, którą przyjęła. Od początku wiedziała, że kocha chłopaka. Zawsze potrafił ją rozśmieszyć, a zasypiając w jego ramionach czuła się bezpieczna. Czasem bywał też romantyczny, dając jej podobne prezenty, lub wyznając swoje uczucia. Jego pocałunki były słodkie i delikatne, sprawiały, że unosiła się nad ziemią.
       Było jednak coś. I to coś, jak zasiane ziarno wątpliwości, oplatało jej serce i szeptało do ucha, że to nie to. Że to nie jest właściwe, że nie takie jest jej przeznaczenie. A dziewczyna ostatnio coraz częściej ulegała temu tajemniczemu czemuś, odmawiając pocałunkom, unikając wiążących rozmów. Czuła, że czegoś brakuje w tym związku. Choć Ronald potrafił ją rozśmieszyć, nie umiał prowadzić z nią poważnych rozmów, na mniej miłe tematy. Choć w jego ramionach czuła się bezpiecznie, to uczucie niezręczności spadało na nią, gdy ktoś zobaczył jak go obejmuje. Jego romantyczność była urocza, jednakże brakowało jej w nim drapieżności i pożądania, tak jak w jego pocałunkach, które, choć przyjemne, pozbawione były jakiejkolwiek namiętności. Może dlatego przestała nosić wisiorek. Bała się, że to zauważy, nie chciała go zawieść. On jednak zdawał się nie zwracać uwagi na pozbawioną łańcuszka szyję dziewczyny, nawet, gdy składał na niej ciepłe, bo gorącymi nie można ich było nazwać, pocałunki. 

       Hermiona pogładziła opuszkiem splecione serduszka i uśmiechnęła się smutno. Choć Ron wielokrotnie zapewniał ją, że ją kocha, ona nigdy nie powiedziała mu tego samego. Czuła, że on w pewnym stopniu zdawał sobie sprawę, że nie jest pewna swoich uczuć, tak jak nigdy nie miała na tyle pewności, by wyznać mu miłość. On jednak nie pytał, za co była mu bardzo wdzięczna. Tylko patrzył zawiedzionym wzrokiem, który tak bardzo kuł ją w serce. Wiedziała, że zawsze będzie mogła na niego liczyć i że on nigdy jej nie skrzywdzi. Ale była to chyba kolejna z rzeczy, która sprawiała, że Hermionie nie biło tak mocno serce na jego widok. Dziewczyna, choć ułożona, lubiła tajemnice. Każda młoda kobieta marzy o tajemniczym mężczyźnie, trochę nieodgadnionym, trochę niebezpiecznym. Takim, przy którym nikt by jej nie skrzywdził, aczkolwiek ona sama obawiałaby się go trochę, gdy byliby sami. Którego musiałaby powstrzymywać, gdy wkładałby palce za jej szlufki od paska i przyciągał do siebie, jakby chciał posiąść ją tu i teraz. Hermiona nie była inna. Też marzyła o takim mężczyźnie. A Ron Weasley taki nie był. Nie dla niej. Kojarzył się jej z domem, ze słońcem, z bezpieczeństwem. Gdyby powiedział, że powinna się go obawiać, przygniatając ją swoim ciałem i obdarzając mocnymi, namiętnymi pocałunkami... odepchnęłaby go i zaczęła się śmiać. A on by nie zaprotestował i zapewne dołączył do niej, pozwalając przejąć kontrolę. Nie tego potrzebowała. Chciała, żeby jej mężczyzna przyciągnął ją do siebie i przycisnął do ściany. Zaczął całować z pożądaniem oraz siłą, żeby czuła jak obsuwa się jej grunt pod nogami. Żeby wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka, położył się na niej i muskał jej usta z coraz większym zapałem. Wsunął jej ręce pod koszulkę i badał jej ciało, jakby miał to być ostatni raz w ich życiu. Pragnęła poczuć na własnej skórze co to pożądanie. Tego chciała i o tym śniła. Ktoś mógłby powiedzieć, że zmieniła się przez ostatnie lata, że nie takich marzeń by się po niej spodziewał. Ale ten ktoś musiałby być ślepy lub głupi, żeby nie zauważyć jednej, bardzo ważnej rzeczy. Hermiona Granger miała dziewiętnaście lat i bynajmniej nie była już niewinną dziewczynką. I choć może nadal nie była boginią seksu, ani modelką, to była kobietą. Dorosłą, ładną kobietą, która miała swoje potrzeby. Ale cóż mogła robić, skoro jej chłopak tych potrzeb nie spełniał? Ron nie potrzebował kobiety, potrzebował dziewczyny. Kogoś, kim mógłby się opiekować, kto sprawiałby wrażenie, jakby zaraz miał się rozlecieć. A jego obecna miłość nie była taką osobą. Ona nie dawała ratować sobie życia, sama ratowała życie innym. Nie była z cukru, nie mogła się roztopić. Była waleczna i momentami nawet groźna. 
        Hermiona odetchnęła. Wiedziała, że nie byli sobie przeznaczeni, czuła to od początku. A jednak, w jakiś pokręcony sposób czuła się do niego przywiązana i nie potrafiła go zranić. Kochała go, zbyt namiętnie jak na przyjaciela, zbyt łagodnie jednak jak na kochanka. Nie umiała zrozumieć siebie i swoich uczuć... a po jej policzku pociekła pojedyncza łza. Mało było w życiu walecznej, byłej gryfonki momentów, w których nie wiedziała co robić. To jednak była jedna z tych chwil. 



- Rozdzielimy się - zaczęła Jasmine, gdy następnego dnia spożywali śniadanie, a gdy towarzysze spojrzeli na nią z zaskoczeniem, dodała - jestem najstarsza i najdłużej z Was jestem aurorem. Obejmę  dowodzenie. - gdy nie usłyszała żadnych słów sprzeciwu, kontynuowała - Podzielimy się na dwie grupy. Ja, Harry i Ron spędzimy dzisiejszy dzień na przeczesywaniu terenu. Rozejrzymy się trochę, popytamy mieszkańców. Hermiono, Ty razem z Paulem i Draconem udacie się do Hogwartu i przekażecie list.  Ponadto chciałabym, żebyście wstąpili do Severusa Snape'a. Będzie wiedział, po co was wysłałam. Czy wszystko jasne?
Rozległy się potakujące głosy. Nikt nie zaprotestował, ale Hermiona miała przemożną ochotę by rozszarpać dziewczynę.



Hogwart wyglądał tak wyniośle, jak pierwszego dnia, gdy go zobaczyła. Choć musiał zostać odbudowany po bitwie, nie wiele się zmienił. Była gryfonka wpatrywała się w zbliżające się wieże szkoły, kiedy szli polną drogą, którą zazwyczaj pokonywały testrale. Mogli skorzystać z proszku Fiuu, mioteł, lub innego środka lokomocji, ale mieli cały dzień i chcieli się trochę rozejrzeć.
Hermiona szła z tyłu, a Paul obok niej, próbując opowiadać jej niezbyt zabawne kawały. Przed nimi rysowała się wyraźna sylwetka Malfoya, który nadawał tempo ich krokom.
- O, to teraz słuchaj! - starszy auror rozpromienił się - Harry mówi do Rona: ''dałem dziś odpocząć Hedwidze''. ''W jaki sposób?'' pyta Ron. ''Osobiście doręczyłem Snape'owi mój anonimowy list z pogróżkami!'' - zaczął się śmiać, a i Hermiona mimowolnie się uśmiechnęła. Usłyszała ciche prychnięcie z przodu.
- Nie podobało ci się Smoku? Przecież to dobry kawał! Sam go wymyśliłem! Mam też parę o tobie...

- Daruj sobie Bickduel. Twoje żarty są tak śmieszne, jak Weasley inteligentny.
Brązowowłosa dziewczyna już chciała odpowiedzieć i jakoś obrazić blondyna, ale nagle coś sobie uświadomiła. Jakim cudem Paul zwracał się do Malfoya per ''Smok''? Było to jego przezwisko jeszcze z czasów nauki w Hogwarcie, zwracali się do niego nim tylko przyjaciele. Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Coś się stało, Hermiono? - spytał szatyn, a ta uśmiechnęła się, nie chcąc, by zauważył konsternację na jej twarzy. 

- Nic, skądże - odpowiedziała, ale trybiki w jej mózgu pracowały.
Godzinę później dotarli do bram Hogwartu. Bickduel zaczął szarpać się z zamkiem, na co brązowowłosa wzdychnęła przeciągle. Odepchnęła mężczyznę i wyciągnęła różdżkę. 
- Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart. - wyrecytowała, przystawiając ją do wielkiej kłódki zawieszonej na bramie, która zaraz potem otworzyła się z głuchym szczękiem. Czarownica spojrzała na Paula z pobłażaniem, na co mężczyzna tylko wzruszył ramionami.
       Przeszli przez dziedziniec, który był zupełnie pusty. Hermiona oceniła porę dnia po położeniu słońca i odezwała się do mężczyzn, patrząc jednak tylko na szatyna:
- Musimy iść do Wielkiej Sali. Najpewniej w tej chwili trwa obiad, więc los nam sprzyja. Możemy załatwić wszystkie sprawy na raz. Posłuchajcie mnie.
- Serio, Granger? Ja mam cię słuchać? - usłyszała chłodny głos Malfoya, w którym pobrzmiewała, tak dobrze jej znana, nutka ironii.
- Tak, Malfoy, masz mnie słuchać. - wycedziła, akcentując mocno trzy ostatnie wyrazy.
- No proszę, panna Wiem-To-Wszystko mi rozkazuje... strach się bać - roześmiał się kąśliwie blondyn.
- Chcesz, żebym pokazała ci, co to strach, Malfoy? Jak ostatnim razem ci zademonstrowałam, bardzo bolał cię nosek! - sarkastycznym tonem odezwała się Hermiona, wlepiając w niego spojrzenie, które mogłoby zabić. Chwilę później stalowe tęczówki natrafiły na jej źrenice. Gdy później dziewczyna rozmyślała o tym zdarzeniu, mogłaby przysiąc, że stali tam naprawdę bardzo długo, patrząc sobie w oczy, prowadząc niemą sprzeczkę, którą jednak oboje dobrze rozumieli. Ironiczny, jasnobłękitny wzrok Malfoya kłócił się z jej czekoladowym, zazwyczaj ciepłym spojrzeniem. Miała ochotę podejść do niego i uderzyć go w twarz, jak w trzeciej klasie. Jednak Hermiona była już dorosła i musiała zachowywać się jak na jej wiek przystało. Wypuściła głośno powietrze i skierowała się w stronę wejścia do szkoły, modląc się, by poszedł za nią bez dalszych kłótni. 

      Nigdy nie odpowiadały jej sprzeczki z Malfoyem. Wolałaby mieć go po swojej stronie, zwłaszcza teraz, gdy dzielili nie tylko pracę, a biuro. Zawsze uważała go za bardzo inteligentną, ale zagubioną osobę. Wiedziała, że jest dupkiem, ale zdawała sobie też sprawę, że nie mógł się taki urodzić. Ponadto, często śledziła jego zachowanie na lekcjach i zauważyła, że był on naprawdę dobrym czarodziejem. Zawsze był skupiony, nie zwracając uwagi na grupę swoich czcicieli, którzy zachowywali się jak totalni idioci, mieszając ze sobą wybuchowe mikstury, czy eksperymentując na transmutacji. Nie, on był inny. Był jakby... ponad to. Zdawał się naprawdę próbować czegoś nauczyć na lekcjach. Hermiona wielokrotnie obserwowała, jak jego tęczówki ślizgają się po tekście z podręcznika. Kiedy zajęty był studiowaniem notatek, a nie prześladowaniem kogoś, wydawał się być taki... bezbronny. Była gryfonka potrafiła dokładnie odtworzyć w pamięci każdy, nawet najdrobniejszy ruch jego palców, kiedy dotykał pergaminu, tak delikatnie, jak gdyby była to skóra niemowlęcia . Pamiętała czarne, gęste rzęsy, które przysłaniały stalowej barwy, zmęczone oczy, zajęte uważnym śledzeniem tekstu. Każdy ruch jego powiek, każde drgnięcie warg. Patrząc na niego z tej perspektywy, nie widać było zadufanego w sobie, egoistycznego arystokraty, a małe, bezbronne i naiwne dziecko. Jednak kiedy zajęcia się kończyły, kończył się też ten wizerunek. Draco Malfoy znów zamieniał się w Księcia Slytherinu, kretyna, który był lepszy od wszystkiego i wszystkich. Znów chamsko się odzywał, nienawidził szlam i zdrajców krwi. Ale w końcu był Malfoyem, czego innego mogła się po nim spodziewać?
       Zza drzwi prowadzących do Wielkiej Sali dobiegał gwar śmiechów i rozmów. Tak jak założyła Hermiona - obiad przed chwilą się zaczął. Spojrzała na Paula, celowo unikając wzroku Dracona. Gdy natrafiła na absorbujące spojrzenie pierwszego, popchnęła wielkie wrota. 

      Kiedy weszli, wszyscy uczniowie wlepili w nich oczy, jak na zawołanie. Kroczyli przez salę, a do ich uszu dobiegały szepty, wypowiadające ich imiona, albo po prostu słowa ''to aurorzy''. Hermiona uśmiechnęła się do jakiejś pierwszorocznej dziewczynki z Gryffindoru, na co ta uniosła wysoko podbródek. Przypominała Grangerównie ją samą, gdy miała jedenaście lat.
- Hermiona! - rozległ się radosny okrzyk zza nauczycielskiego stołu, który była gryfonka od razu rozpoznała. Spojrzała na Hagrida, który machał do niej wielką dłonią i także mu odmachała.
Przy stole najwyraźniej zapanowało wielkie poruszenie. Profesor McGonagall wstała, rozkładając szeroko ręce, a na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Jedynie Snape wpatrywał się z konsternacją w Malfoya, na co ten wyraźnie unikał jego wzroku. Hermiona szukała wzrokiem Neville'a, ale nigdzie go nie dojrzała.
- Moi uczniowie! - wykrzyknęła profesor McGonagall, podążając w ich stronę - Hermiona Granger, Paul Bickduel... Draco Malfoy - ostatnie imię wyszeptała, spoglądając na blondyna jakby z żalem.
- Pani profesor - na szczęście to szatyn przejął pałeczkę powitania - Jak dobrze panią widzieć! Nic się pani nie zmieniła od tego czasu! Wygląda pani tak samo młodo jak zawsze! - dodał radośnie, a kąciki ust kobiety podniosły się lekko. 
- Och, panie Bickduel! Nadal jest pan tak samo elokwentny co skłonny do kłamstwa. - powiedziała, po czym dodała rzeczowym tonem - Co was tu sprowadza?
- Czy moglibyśmy załatwić to w bardziej prywatnej scenerii? Poza tym, potrzebujemy jeszcze do tego Neville'a. - szybko odpowiedziała Hermiona. McGonagall przeniosła na nią ciepłe spojrzenie.








Hermiona rozejrzała się po gabinecie dyrektora. Niewiele zmienił się od czasu, kiedy ostatnio w nim gościła. Ściany, pokryte półkami z książkami, wznoszącymi się po sam sufit, oraz obrazami poprzednich dyrektorów Hogwartu. Brązowowłosa z radością dojrzała Dumbledore'a, drzemiącego spokojnie w jednym z nich. Srebrne instrumenty, stojące na złotych podstawkach i wielkie biuro, na którym papiery były starannie poukładane. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak to zapamiętała. 
- Hermiona Granger! - usłyszała znajomy głos dochodzący od strony drzwi. Odwróciła się i... oniemiała. Jeśli było coś, co zmieniło się od jej czasu opuszczenia Hogwartu, z pewnością był to Neville Longottom. Gdyby nie znajomy sposób uśmiechania się i podobny, choć bardziej męski głos, była gryfonka nigdy nie poznałaby swojego przyjaciela w tym młodym mężczyźnie. Niezdarny, potykający się o własne nogi chłopiec, który zgubił ropuchę zniknął. Pojawił się za to przystojny, wysoki czarodziej z radosnym uśmiechem i dużymi oczami. Niesforna czupryna, stercząca na wszystkie strony ustąpiła miejsca krótkim, elegancko przystrzyżonym włosom. Krzywe, duże, królicze zęby stały się proste i śnieżnobiałe, niczym z reklamy pasty do zębów dla mugoli. Jego wątłe kiedyś ciało wyraźnie zmężniało i nabrało masy oraz mięśni. Ubrany był w jasnoniebieską koszulę, ciemne, jeansowe spodnie i czarne mokasyny. Wyglądał tak przystojnie, że Hermiona zwątpiła w swój zmysł wzroku i przetarła oczy ze zdumieniem. Spodziewała się, jak wiele młodych czarownic uczęszczających do Hogwartu musiało być w nim zakochanych.
- Neville... - wykrztusiła tylko, po chwili zdumienia, ale on zdawał się tym nie przejmować. Podszedł do dziewczyny i wziął ją w ramiona, mocno obejmując. Hermiona zrehabilitowała się w końcu i odwzajemniła uścisk. 

- Neville! - powtórzyła, tym razem z większym zapałem. - Wyglądasz... niesamowicie.
- Dziękuję, Miono! Ty też wyglądasz ślicznie! - roześmiał się, po czym dodał - Słyszałem, że masz... że macie do mnie sprawę.
- Cóż, tak. - odpowiedziała, po czym wyciągnęła z poły płaszcza list, oznaczony pieczęcią Ministerstwa Magii. - Kingsley kazał ci to dostarczyć.
- Dziękuję. - odpowiedział mężczyzna, po czym przełamał pieczęć. Hermiona spojrzała w tym samym czasie na towarzyszy oraz na dyrektorkę. 

- W takim razie będziemy już iść - Paul ubiegł ją, zanim zdążyła się odezwać - Musimy jeszcze odwiedzić profesora Snape'a. 
- Liczyłam, że zostaniecie na dłużej... - ze smutkiem spojrzała na nich McGonagall, a Draco o dziwo zabrał głos:
- Niestety nie mamy takiej możliwości. Do widzenia.
Gdy byli już przy drzwiach, zatrzymał ich głos Longbottoma.
- Hermiono... czy wiesz, co jest napisane w tym liście? - spytał cicho, a jego głos drżał, pod wpływem głębokiego szoku.
- Nie wiem, Neville, o co chodzi? - spytała dziewczyna i podbiegła do przyjaciela. Zdołała przeczytać dwa pierwsze zdania,  a zaraz potem zrobiło się jej ciemno przed oczami. 




Świat magii jest w niebezpieczeństwie. Zbliża się wojna. 



(Zostawisz swoją opinię? :) Proszę) 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział III

Lumos! Rozdział znów trochę dłuższy, jestem z siebie bardzo dumna! Choć ten rozdział nie podoba mi się w stu procentach, to chyba może być. 
 Znów przybyło obserwujących, jest Was już jedenastka! Dziękuję wszystkim na raz i każdemu z osobna. Po przeczytaniu bardzo chciałabym Was poprosić o zostawienie w komentarzu swojej opinii na temat rozdziału, ponieważ kiedy się pisze amatorsko, każda z nich jest przydatna
Znów Dramione prawie nie ma (choć więcej niż w ostatnim rozdziale) ale to normalne, przecież to dopiero trzeci rozdział. Wejdziecie za to trochę w życie Malfoya, oraz poznacie wszystkie ważniejsze postacie OC, które na razie stworzyłam.  No i oczywiście - pierwsza misja naszych aurorów. Będzie się działo, mówię Wam. ;)
Życzę miłego czytania. Nox!

Leth



- Skoro mam pracować ze szlamą, to chyba musimy sobie ustalić kilka zasad. - Draco popatrzył w oczy dziewczyny zimnymi jak lód oczami - Przede wszystkim, nie wolno ci wchodzić do mojego biura bez pozwolenia. Nie masz prawa mnie niepokoić, a jeśli to sprawa życia i śmierci musisz pukać. Natomiast gdy mnie nie ma, to wstęp do niego pod jakimkolwiek pretekstem jest czymś, o czym nie możesz nawet pomarzyć. Rozumiemy się?
- Wiesz, Malfoy. Te drzwi są po to, byśmy szybciej wykrywali zdradę, a kto jak kto, ale to ty tutaj jesteś głównym podejrzanym. - wycedziła dziewczyna.
- Licz się ze słowami, ty brudna szlamo...
- Ciekawe, czy gdyby Harry i Ron tu byli też byłbyś taki rozmowny.
- O, przypomniałaś mi o jeszcze jednej, bardzo ważnej zasadzie. Rzucaj silencio na komnatę, kiedy łasic będzie cię odwiedzać - chłopak uśmiechnął się perfidnie - wybacz, ale średnio mam ochotę wysłuchiwać dźwięków waszych zabaw. Tym bardziej, że Weasley chyba nie jest najlepszy w tym temacie...
- Ty... Ty rozpieszczony dupku! - Hermiona ledwo co powstrzymywała się przed sięgnięciem po różdżkę.
- Nie trać więcej mojego czasu, Granger. - odpowiedział blondyn i wrócił do swojego biura, trzaskając drzwiami.
Hermiona oparła się o ścianę. Nie tego się spodziewała. Przecież jeszcze parę dni temu w windzie Malfoy zachowywał się nadzwyczaj opanowanie. Dlaczego? Czy było to spowodowane obecnością Harry'ego? Co go napadło? Dziewczyna biła się z myślami. Wtedy miała nadzieję, że może zmądrzał, wydoroślał. Jak widać sama się oszukiwała.
       W końcu młoda kobieta otrząsnęła się. Było już późno, ale nie mogli jeszcze wracać, gdyż Harry miał jakąś sprawę do załatwienia z Kingsleyem. W końcu zdecydowała, że napije się kawy. Wyszła z biura i podążyła do małej, jasnej, minimalistycznie urządzonej ale przytulnej kuchni. Właśnie wyciągnęła z szafki kubek z emblematem Ministerstwa, gdy do pomieszczenia weszła Miranda. Obie zrobiły sobie po małym espresso, po czym pogrążyły się w rozmowie. Młoda uzdrowicielka zaczęła po kolei opisywać wszystkich aurorów, których dotychczas Golden Trio miało okazję poznać. Widać było, że ze  wszystkimi utrzymuje bardzo bliskie kontakty.  Gdy przerwała, była gryfonka uświadomiła sobie pewien fakt:
- Przecież w Ministerstwie pracuje teraz szesnastu aurorów, plus my. Wymieniłaś tylko czternastkę, co z pozostałą dwójką? - spytała, a Miranda zmrużyła oczy.
- Hm... jakby to powiedzieć. Wszyscy się tutaj lubimy - prawie wszyscy. Catrina i Amanda Swanhield. Czystokrwiste, bardzo piękne i tak samo okropne. - dziewczyna prychnęła z pogardą. Gdy wyłapała wzrok brązowowłosej, przyglądającej jej się z niezrozumieniem w oczach, kontynuowała.
- Są z Akademii Magii Beauxbatons, dziedziczkami wielkiej fortuny. Catrina ma dziewiętnaście lat, a Amanda osiemnaście.
- Nie lubisz ich?
- Bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że to one nie lubią mnie. Wywodzą się z jednego z tych czystokrwistych, zapatrzonych w siebie rodów, tępiących wszystkich urodzonych w mugolskich rodzinach, w tym mnie. Ich rodzice uczęszczali do Hogwartu, byli w Slytherinie. Dopiero po urodzeniu córek przenieśli się do Francji, by uciec przed Voldemortem, który jednak i tak ich dopadł. Wtedy przeszli na złą stronę.
- Więc... to córki Śmierciożerców?
- Tak... i jakbyś je poznała, to od razu byś to stwierdziła. Catrina, która ma trochę odrobinę więcej mózgu niż jej młodsza siostra, jest cyniczna i złośliwa. Tak samo, jak ten wasz Malfoy. Już po zobaczeniu mnie w jego oczach była odraza... zresztą nieważne. Z kolei Amanda... jest najzwyczajniej w świecie głupia, choć nie mogę nie przyznać, że jej umiejętności magiczne są dość mocno rozwinięte.
Dziewczyna przerwała monolog. Przez chwilę obie pozostawały cicho, błądząc gdzieś w krainach własnych myśli. Nagle Miranda obrzuciła współczującym wzrokiem Hermionę i znów się odezwała:
- Dam ci jedną radę. Nie wchodź im w drogę. Wszyscy tu tak robimy. Nikt ich nie lubi, ale nie możemy ich wywalić, bo nie jesteśmy idiotami. Są dobre w tym co robią. Mają duże umiejętności, potrafią walczyć. Pewnie gdy wrócą trochę się ponabijają, ale potem im przejdzie i póki ich nie sprowokujesz, i one nie będą robić zamieszania.
- Dziękuję - powiedziała zachrypniętym głosem Hermiona i uśmiechnęła się do uzdrowicielki. Ta odwzajemniła gest. Chwilę później usłyszały, jak Harry zamyka drzwi od Kwatery Głównej. Zauważył dziewczyny stojące w kuchni i popatrzył na nie ciepło.
- Rozmowa z Kingsleyem trochę się przeciągnęła. Wybaczcie. Teraz możemy wracać, o ile skończyliście już z papierami.
- Jasne, zawołam Rona i możemy ruszać. - była Gryfonka szybko dopiła swoją kawę, po czym zawołała rudowłosego.
       Gdy opuszczali Ministerstwo Magii przy użyciu kominka w Biurze Aurorów, dziewczyna nie mogła wyzbyć się wrażenia, że Ginny nie byłaby zadowolona z uśmiechu, jakim osiemnastoletnia uzdrowicielka  obdarzyła Wybrańca.


      
       Następne parę dni minęło jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Nowi aurorzy zajęli się porządkowaniem swoich spraw, oraz starali się dowiedzieć jak najwięcej o praktycznym wykonywaniu tego zawodu. Hermiona oraz Draco starali się nie wchodzić sobie w drogę, a gdyby nie zamiłowanie obojga do porządku, na drzwiach łączących ich biura z pewnością zaczęłyby pojawiać się pierwsze pajęczyny, gdyż żadne z nich ani razu nie przekroczyło progu drugiego pomieszczenia.
        Była jednak jedna osoba, która wielokrotnie gościła w biurze Malfoya. Długonoga, piękna, czystokrwista blondynka, wraz ze swoją równie urodziwą co głupią siostrą powróciły właśnie z misji, oczywiście udanej. Catrina Swanhield jednak była inteligentna. Inteligentna, zła i bardzo przebiegła. Hermiona na własnej skórze poczuła już, jak bardzo dziewczyna nie znosi mugolaków. Ron został przez nią całkowicie zignorowany. Jedynie Harry i Draco sprawili, że dziewczyna potrząsnęła blond lokami i popatrzyła na nich zalotnym spojrzeniem spod długich, czarnych rzęs. Tak, ta młoda czarownica z pewnością była przebiegła. Jednak mężczyźni nie dali się złapać na tę sztuczkę. Harry od razu zapewnił ją w przekonaniu, że ma dziewczynę i nikt inny poza nią go nie interesuje. Malfoy natomiast tylko popatrzył na nią z politowaniem i odszedł do swojego biura. Ku ogólnemu zaskoczeniu, dziewczyna podążyła za nim. Najwyraźniej przyparła go czymś do muru, bo już następnego dnia Hermiona zobaczyła, że były Śmierciożerca z nieobecnym spojrzeniem daje jej się obmacywać i adorować, a z upływem kolejnych dni Catrina coraz częściej gościła w jego komnacie. Grangerówna, jak na gryfonkę przystało, z wrodzonej gryfońskiej ciekawości próbowała podsłuchać tematy ich rozmów, jednak roztropni czarodzieje musieli rzucać silencio na komnatę, gdyż jedynym odgłosem jaki dochodził jej uszu była cisza.
       Wraz z zadomowieniem się przyjaciół w Biurze Aurorów, przyszedł czas na ich pierwszą misję. Ku ich zdziwieniu, oprócz nich samych do gabinetu Kingsleya został zawołany także Malfoy. Gdy cała czwórka w ciszy wkroczyła do biura Ministra, na czarnej, sporej kanapie ujrzeli jeszcze dwie postaci. Jasmine O Paul Bickduel, czarodziej czystej krwi, parę lat temu uczęszczający do Ravenclawu. Był zaledwie o dwa lata starszy od młodych aurorów. Miał ciemne, proste włosy sięgające do ramion, parodniowy zarost i głęboko zielone oczy. Gdy czarodzieje weszli, uśmiechnął się do nich ciepło.
- Witajcie! - Kingsley wstał z krzesła i spojrzał na nich miłym wzrokiem. - Skoro jesteśmy już wszyscy, mogę zacząć. Czy kojarzycie może Thorfinna Rowle, byłego Śmierciożercę?
- Myślałam, że został zabity podczas walki! - Hermiona odezwała się pierwsza, po czym odpowiedziała na właściwe pytanie - Niestety, ja, Ron i Harry jak najbardziej kojarzymy.
- Mów za siebie, Herm. - mruknął Ron, którego mina wskazywała, że usilnie próbował sobie przypomnieć skąd ma go niby znać.
- Och, Ronaldzie - Hermiona wzdychnęła z politowaniem - naprawdę nie pamiętasz? - widząc nadal nierozumiejącą twarz chłopaka postanowiła nieco rozjaśnić mu umysł - Był jednym ze Śmierciożerców, którzy pojawili się na ślubie Billa i Fleur. Potem, gdy deportowaliśmy się uciekając i weszliśmy do kawiarni, by porozmawiać... zaatakował nas z Dołohowem, gdy złamaliśmy zaklęcie Tabu.
- Ten blond dryblas? - zapytał głupio Ron, co jeszcze bardziej wzburzyło dziewczynę.
- Tak, Ronaldzie, ten blond dryblas. - odpowiedziała podniesionym tonem, wyraźnie akcentując trzy ostatnie słowa.
- Cieszę się, że oszczędziliście mi tłumaczenia wam, kim jest. - zaśmiał się Minister, a następnie przeniósł wzrok na Malfoya. - A czy ty...
- Tak, znam go. - przerwał mu cichym, ale pewnym siebie głosem Draco. Była gryfonka momentalnie spostrzegła, że mężczyzna cały się spiął. Czy tak reagował na wzmiankę o każdym Śmierciożercy?
- Rozumiem. W takim razie, wreszcie mogę odpowiedzieć na twoje pierwsze słowa, Hermiono. Cóż, my także myśleliśmy, że poniósł śmierć w Drugiej Wojnie Czarodziejów. Jednakże wczoraj dostałem nietypową sowę od moich patroli. Jak się okazuje, zarejestrowano jego aktywność w pobliżu Hogsmeade, dostrzegł go jeden z mieszkańców wioski.
- Czy to możliwe? Przecież wszyscy Śmierciożercy mieli zostać wyłapani. - spytał rzeczowo Harry, a Kingsley pokiwał głową i podrapał się po brodzie.
- Prawda, jednak to nie takie łatwe. Ci ludzie są cwani i wiedzą, jak się ukryć. Paru z nich nam zwiało, ponadto nie wiemy, czy Lord Voldemort nie miał ukrytych jakichś specjalnych armii, o których istnieniu wiedział tylko on sam. Bądź co bądź, musicie się tam wybrać. Nie wolno Wam się ujawnić, jedyne, na czym polega wasze zajęcie to obserwować, dowiedzieć się i donieść mi o wszystkim. Wyruszacie jutro wieczorem. Czy wszystko jest zrozumiałe?  - cała piątka skinęła głowami w milczeniu. - A, jeszcze jedno. Mam list dla profesora Longbottoma, nauczyciela zielarstwa. Dostarczcie mu go, dobrze? - powiedział, podnosząc z biurka kopertę ze znakiem Ministerstwa i podał ją Harry'emu. Golden Trio nie mogło powstrzymać uśmiechu na myśl, że przyjdzie im spotkać się z przyjacielem.



      Pani Weasley cały wieczór spędziła na pakowaniu trójki przyjaciół, choć Ci wyraźnie stwierdzili, że sobie poradzą. Kobieta jednak nie chciała słyszeć sprzeciwu i wyposażyła ich kufry we wszystko, co jak podejrzewała mogło przydać się podczas czterech dni spędzonych z daleka od domu. Jak można się jednak domyślać, jej wizja przydatnych przedmiotów całkowicie różniła się od myśli młodych aurorów, którzy oniemieli, kiedy Molly zademonstrowała im zawartość walizek. Pięć par swetrów oraz bielizny, siedem koszulek, cztery pary spodni (w tym jedne z nich były wykonane ze smoczej skóry, a drugie miały dodatkową ocieplaną podszewkę), dwie pary rękawic, czapki, trzy apteczki przepełnione lekami... cóż, to zdecydowanie przewyższało wizję przyjaciół, którzy na wyjazd zamierzali zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. W końcu ustalili, że w nocy przepakują kufry, bez wiedzy pani Weasley.
      Nastał poranek. Hermionę obudziły pierwsze promyki słońca, które wkradły się do pokoju w którym spała razem z Ginny. Misja miała mieć dwój początek o godzinie dwudziestej pierwszej, ale dziewczyna i tak cieszyła się, że udało jej się wstać bladym świtem.
      Dziewczyna przetarła oczy i wstała z łóżka. Podeszła do szafy, po czym zabrała bieliznę, zieloną, rozciągniętą koszulkę, oraz czarne legginsy i poszła do łazienki. Wiedziała, że dzisiejszego dnia nie było potrzeby, by się stroić. Cały dzień miała spędzić w domu, dokonując ostatnich przygotowań przed wyjazdem. Chciała również porozmawiać z Ginevrą, która poprzedniego wieczoru cały czas usilnie próbowała jej coś przekazać. Bacząc jednak na fakt, że młoda czarownica wróciła późno, a ponad pół nocy spędziła na przepakowywaniu swoich rzeczy, nie było okazji, by zamieniły więcej niż parę słów.
        Gdy była gryfonka zeszła na śniadanie była już ósma, a do jej zmysłu powonienia dochodził przyjemny zapach jajecznicy z bekonem. Jak się okazało, Molly Weasley była już w kuchni i zajmowała się gotowaniem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że kobieta w jednej ręce trzymała patelnię ze smażonym jajkiem, a drugą ubijała masę na naleśniki. Oczy jej natomiast, zajęte były śledzeniem tekstu w mugolskiej książce Romeo i Julia. Co jeszcze dziwniejsze, choć czarownica odwrócona była tyłem do schodów, to gdy Hermiona zeszła do kuchni i przystanęła, oglądając tę zabawną scenę, Molly odezwała się, cały czas nie odrywając wzroku od dramatu:
- Witaj, Hermionko, kochanie. Usiądź i poczekaj na śniadanie, już kończę. - po czym głową otworzyła jedną z górnych szafek. Następnie, przerywając na chwilkę ubijanie, sięgnęła po różdżkę i przywołała kubek, który zaraz potem napełnił się kakaem i pojawił tuż przed Hermioną. Kobieta w tym czasie zdążyła powrócić do poprzedniego zajęcia.
       Parę minut później w całym pomieszczeniu rozniósł się słodki zapach naleśników, który wkrótce zwabił całą rodzinę do kuchni. Jeszcze parę minut i wszyscy delektowali się cudownym smakiem śniadania i kakaa, a Molly Weasley przyglądała im się z czułością, pilnując, by aby wszystko zostało zjedzone.
- Miona, czy mogłybyśmy zamienić parę słów? - odezwała się wreszcie Ginny, gdy posiłek dobiegł końca.
- Jasne, chodźmy - odpowiedziała starsza dziewczyna i podążyła za rudowłosą do ich pokoju. Gdy dotarły na miejsce, brązowowłosa usiadła na łóżku i z uśmiechem popatrzyła na przyjaciółkę, która wydawała się niezbyt pewna, od czego ma zacząć. Spuściła wzrok, a na jej ustach zaczął błąkać się nieśmiały wyraz euforii.
- Myślę, że wszystko zaczęło się przez to, że postanowiłam nie wracać na siódmy rok do Hogwartu - zaczęła dziewczyna. Faktycznie, jako jedna z paru osób uznała, że podczas ostatnich paru lat wystarczająco nauczyła się walczyć. Dzięki temu, że jej oceny były naprawdę dobre, nauczyciele przychylili się do jej wyboru i dali jej możliwość wcześniejszego zdania owutemów. Gryfonka skorzystała z okazji i już po powrocie do domu zaczęła ostro trenować, by spełnić swoje marzenie - pragnęła dostać się do Zjednoczonych z Puddlemere*, jednego z najznakomitszych klubów w Quidditcha w historii. Parę dni temu wreszcie przeszła egzaminy i dostała się. Hermiona nigdy jeszcze nie widziała, by Ginevra tak się cieszyła. 
- Widzisz, bo gdybym została w szkole mogłabym nie dostać się do drużyny.
- Tak, co w związku z tym? - zapytała Hermiona, nie rozumiejąc.
- Chodzi o to, Herm, że oprócz mnie było jeszcze jedno wolne miejsce na stanowisko ścigającego, jednak w czasie przesłuchania na to miejsce, egzaminator dostał sowę i przerwał testy. Powiedział, że ma już kogoś i że dzisiaj nie mógł dotrzeć, ale wkrótce się ujawni. - Hermiona spojrzała na nią pytającym wzrokiem - I dzisiaj zjawił się na treningu. Nigdy nie zgadniesz, kto to taki! Blaise Zabini, ten czarnoskóry, popularny Ślizgon z twojego roku! Przyjaciel Malfoya!
- Żartujesz sobie, Ginny? - wyrzuciła brązowowłosa, ale przyjaciółka pokręciła głową.
- W życiu. Mówię zupełnie poważnie. Tylko... wiesz, nie odbierz tego źle, ale... on naprawdę jest dobry. To znaczy, mówię to zupełnie bezstronnie. Po prostu... dobrze gra. I jest miły. Bez Malfoya zachowuje się kompletnie inaczej.
- Wiesz, że dzisiaj nie pierwszy kwietnia, prawda?
- Herm, błagam. Nie okłamałabym cię. Mówię poważnie. - dziewczyna spojrzała prosto w czekoladowe oczy byłej gryfonki, a ta już wiedziała, że jej słowa są szczere.
- No dobra, przyjmijmy, że ci wierzę. I co z nim?
- No, na razie nic. W sumie nie gadaliśmy... powiedział mi tylko cześć, gdy wszedł na boisko. I uśmiechnął się. Ma proste zęby, wiesz?
- Moich rodziców by to ucieszyło... ale co na brodę Merlina cię obchodzą jego zęby?
- Ach, nic. Tylko uznałam, że może chciałabyś wiedzieć - dziewczyna rozpromieniła się.



       Hermiona nie zdążyła się obejrzeć, a już nastała godzina dwudziesta. Za równe sześćdziesiąt minut mieli przenieść się do Ministerstwa, a następnie wszyscy razem teleportować się do Hogsmeade. Dziewczyna podeszła do swojego kufra i podniosła pozostawione na nim ubrania. Jej strój aurora składał się z czarnych, przylegających spodni ze smoczej skóry, rękawiczek bez palców oraz kurtki z tego samego materiału, sięgającej trochę za udo, równie czarnych butów na krótkim, masywnym obcasie i brązowego pasa z kieszeniami na różne atrybuty. Pod spód dziewczyna włożyła sweter w kolorze czekolady. Włosy związała w niedbałego kucyka, a jedynym elementem makijażu, który zastosowała, była bezbarwna szminka ochronna. Jednak po przejrzeniu się w lustrze, dziewczyna musiała przyznać, że wyglądała naprawdę dobrze. Ubrania aurora optycznie dodawały jej pewności siebie. Brązowowłosa spakowała do kieszeni eliksir wielosokowy, proszek Fiuu i kufer, który zmniejszyła do rozmiarów małego pudełeczka. Gdy spojrzała na zegarek była już dwudziesta pięćdziesiąt dwa, więc przytroczyła różdżkę do pasa i podążyła do salonu, gdzie czekali już na nią przyjaciele.
        Ubranie Ronalda składało się z czarnych, masywnych butów, ciemnobrązowych spodni i odrobinę jaśniejszego płaszcza z wieloma kieszeniami, sięgającego mu prawie do kostek. Pomimo teoretycznej komiczności tego stroju, rudowłosy prezentował się naprawdę dobrze. Jedynym, za co Hermiona miała ochotę go skarcić były włosy chłopaka, o których śmiało można było powiedzieć, że są bardziej w nieładzie, niż ułożone.
      Harry natomiast, odziany w czarne spodnie, tej samej barwy buty i kurtkę, która sięgała mu trochę ponad kolana wyglądał naprawdę wybrańczo. Ciemne, opadające na czoło włosy jeszcze bardziej zwracały uwagę na bliznę w kształcie błyskawicy.
- Możemy wyruszać? - spytał rudowłosy, patrząc z miłością na dziewczynę, która tylko skinęła głową. Po uściskaniu wszystkich domowników i wysłuchaniu wielu ostrzeżeń Molly o niebezpieczeństwach jakie mogłyby ją spotkać, brązowowłosa jako pierwsza weszła do kominka. Poczuła, jak oplatają ją zielone płomienie i przyjemne ciepło rozchodzi się po jej ciele.
      W Kwaterze Aurorów wszyscy już czekali. Młoda czarownica obrzuciła wzrokiem Paula i Jasmine, którze uśmiechali się do niej ciepło. Następnie jej wzrok przeniósł się na Malfoya. Chłopak, a właściwie już mężczyzna, odziany był w długi, skórzany, hebanowy płaszcz sięgający trochę ponad kostki, oraz czarne spodnie i buty. Ciemny kolor ubrań niesamowicie kontrastował z jego mlecznobiałą skórą, a blond włosy ułożone w seksownym nieładzie dopełniały świetnie całą kreację. Wyraz twarzy aurora jednak wydawał się być niepokojąco smutny. Zmęczone, jasne oczy beznamiętnie wpatrywały się w jakiś nieznany punkt pomieszczenia. Dopiero, gdy Hermiona omiotła go wzrokiem, ten, jakby na zawołanie spojrzał w jej oczy. Dziewczyna zacisnęła zęby, gotowa już odpowiedzieć na zaczepkę, którą spodziewała się za chwilę usłyszeć. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Malfoy wzdychnął i spuścił wzrok, wracając do bezmyślnego obserwowania jakiejś niewidzialnej kropki na posadzce. 



Soundtrack:
Porcelain Black - How Do You Love Someone**

**(piosenki nie wybrałam od tak. Uważam, że jej tekst niesamowicie oddaje położenie Draco, dlatego stała się soundtrackiem. Naprawdę polecam odsłuchać!)

       Hogsmeade wyglądało tak, jak zawsze. Brukowane uliczki i budynki w jakiś sposób oddawały atmosferę tego miejsca. Draco wpatrywał się w zamek, którego światła pobłyskiwały w oddali. Hogwart. Miejsce, które kochał, a jednocześnie tak bardzo nienawidził. 
Odszedł od okna i usiadł na łóżku. Było twarde, ale wygodne. Chwilę później jego wzrok spoczął na osobie, z którą musiał dzielić pokój. Paul Bickduel w tym samym momencie podniósł wzrok i uśmiechnął się pokrzepiająco do chłopaka. Ten jednak nie odwzajemnił gestu. Wstał i wyszedł, zostawiając mężczyznę z niezrozumieniem w oczach. Szybko szedł po drewnianych schodach i znalazł się w głównym pomieszczeniu tawerny. Gdy poczuł na sobie nieprzyjemnie spojrzenia podpitych już lekko czarodziejów, naciągnął kaptur na głowę i wyszedł z budynku w ciemną noc.
       Było zimno, ale rześko, a Draco stwierdził, że potrzebuje spaceru. Przechadzał się uliczkami miasteczka, próbując odgonić od siebie niezbyt miłe myśli. One jednak nie odchodziły. Blondyn przypomniał sobie ostatnią rozmowę z ojcem i skrzywił się lekko na to wspomnienie. Lucjusz był nieprzewidywalny. Nieprzewidywalny i gotowy ponieść każdą ofiarę, by osiągnąć swój cel, a te dwie cechy dawały razem naprawdę wybuchową mieszankę.
Draco Malfoy bał się. W swoim beznadziejnym życiu naprawdę wiele razy odczuł, czym jest strach. W jego głowie zaczęły się przesuwać obrazy. On, Draco, jako mały chłopiec. Dorosły już mężczyzna pamiętał każdy szczegół tamtego dnia, jakby to było wczoraj. W jego głowie nadal dudnił głos ojca, kiedy wypowiadał te słowa: ''Widzisz, synu. Śmierć zawsze dotyka najsłabsze ogniwo. Jeśli dasz się zabić, lub poświęcisz za kogoś życie, znaczy, że jesteś słaby. Nie żałuj tych, którzy umrą z pod twojej ręki. Jeśli umarli, to znak, że nie byli warci życia.'' Następny obraz. Jedenastoletni chłopiec stał na peronie, a Lucjusz mówił do niego, ściskając wątłe ramiona. Zwykli ojcowie przytulali swoje pociechy przed wyjazdem, ale jego rodziciel nie był taki. Ani jednego słowa otuchy. Jedynie ''Dostań się do domu węża, a mnie nie zawiedziesz. A chyba wiesz, co cię czeka, kiedy nie będę z ciebie zadowolony, prawda Draco?'' Kolejne wspomnienia rozmazywały się przed jego oczyma. Kolejna scena, tym razem bez ojca. Szósty rok, pociąg. Czuł wzrok Pansy i Zabiniego na sobie. ''Zawsze mogę zostać... oddelegowany do większych i lepszych rzeczy?'' Parkinson coś mruknęła, a on skwitował ''Co Czarnego Pana obchodzi, ile kto ma sumów czy owutemów? Liczą się zasługi względem niego, a nie oceny.'' Zabini prychnął i odezwał się sarkastycznie ''Co ty możesz dla niego zrobić, Malfoy? Jesteś tylko nie wykwalifikowanym szesnastolatkiem.'' Draco jednak nie zawahał się ani chwili nad odpowiedzią ''Nie pomyślałeś, że może zadanie, które mi zlecił nie wymaga odpowiednich kwalifikacji?''; Chłopak nadal pamiętał ich zszokowane miny. Uśmiechał się wtedy zawadiacko, ale w środku wcale nie było mu do śmiechu. To co powiedział wywarło wrażenie nie tylko na nich; jego samego też dotknęło do głębi. Wtedy próbował ukryć swój strach pod maską dumy. Jak zwykle wszyscy mu uwierzyli, nikt nie znał go na tyle, żeby wiedzieć, że kłamie. W sercu umierał ze strachu, wiedział, że nie podoła. Jego jedyną bronią były kłamstwa... Draco zatrzymał się nagle i poczuł przemożną potrzebę, by się o coś oprzeć. Czuł, jak spod rozgryzionej wargi wypływa strużka krwi. 

       Tak bardzo nienawidził ojca. Nigdy nie przestał się go bać i wiedział, że to uczucie zostanie z nim do końca życia. Ten mężczyzna pozbawił go wszystkiego, co w życiu mógł mieć. O wiele rzeczy go obwiniał, a najprostsza z nich bolała go najbardziej.
Lucjusz Malfoy nauczył swojego syna jak nienawidzić. Niestety nigdy nie pokazał, jak kochać.



*w tym momencie odbiegłam trochę od kanonu, gdyż jak większość Was pewnie wie, Ginny Weasley chciała się dostać (i dostała się) do Harpii z Holyhead, a nie do ''Zjednoczonych''. Jednak z powodu, iż do Harpii mogły się dostać tylko kobiety, musiałam zmienić jej ulubiony team. ;) 

(cieplutko zapraszam do zostawienia swojej opinii na temat rozdziału, to bardzo pomaga!) 

wtorek, 11 sierpnia 2015

Rozdział II

      


 Lumos! 11 sierpnia nadszedł, a wraz z nim rozdział numer dwa. Trochę dłuższy od poprzedniego, jednak długość nadal mnie nie zadowala. Obiecuję jednak, że będzie się ona wydłużać wraz z każdą kolejną notką.
Pojawiło się (lub pojawi w następnych rozdziałach) parę nowych postaci niekanonicznych, trzy z nich właśnie zostały dodane do zakładki z bohaterami. Jako, że choć zarys fabuły siedzi mi w głowie, ale większość zdarzeń i postaci na bieżąco, ta zakładka będzie aktualizowana wraz z każdym nowym pomysłem.
Wiem, że motyw Dramione jest tu ograniczony do minimum, albo spójrzmy prawdzie w oczy - w ogóle go nie ma, jednak jest to rozdział czysto wprowadzający do całej fabuły, która w tym fanficku zostanie Wam przedstawiona.
Bądź co bądź, całym serduszkiem proszę o komentarze i obserwacje. (oraz gorąco dziękuję za te z Rozdziału I - jest już ośmiu obserwujących! Zaskoczyliście mnie!)
Rozdział III równo za tydzień - czyli 18 sierpnia, równo o godzinie 20:00. Nox!
Wasza Leth




      Ostatni tydzień minął szybko. Harry, Ron oraz Hermiona wylądowali w wirze przygotowań do objęcia stanowisk aurorów, a Molly oraz Artur przygotowywali ich do tego jak tylko umieli. Pani Weasley starała się wepchnąć w nich jak najwięcej jedzenia, bo, jak mówiła, na misjach nie będą mogli skorzystać z jej domowych obiadków. Pan Weasley w międzyczasie bardzo usilnie próbował skłonić Harry'ego i Hermionę do opowiedzenia mu funkcji jak największej ilości mugolskich przedmiotów, gdyż spodziewał się, że w najbliższym czasie będą zbyt zajęci, by odpowiadać na jego pytania. Jego najnowszym obiektem zainteresowania stały się zaś spinacze do papieru, których to zastosowania wciąż nie umiał zrozumieć. Ponadto, cała trójka została wyedukowana dogłębnie przez Artura, który przeprowadził im trzy lekcje z historii Ministerstwa Magii oraz sporządził im mapy, które miały ułatwić Złotym Trio poruszanie się po obiekcie. Natomiast zapytany przez Harry'ego, czy to właśnie od Kingsley'a wyszła prośba o wszystkie te ''przysługi'', pan Weasley zmieszał się lekko i podrapał po rudej czuprynie, nie udzielając odpowiedzi. Jak się potem okazało, mapy oraz lekcja o przeszłości Ministerstwa służyły tylko do tego, by dowiedzieć się od Hermiony jak najwięcej o mugolskich lekcjach geografii oraz historii. Dziewczyna, po długim wykładzie dla uradowanego Artura Weasley'a, który w czasie jego trwania zajmował się skrzętnym robieniem notatek, oraz trącaniem swojego szóstego syna by nie przysypiał, skwitowała całą sytuację słowami, że ''przynajmniej oszczędziliśmy sobie oraz pracownikom Ministerstwa trudu oprowadzania ich po budynku.''
       Nastał dziesiąty stycznia, czyli pierwszy dzień pracy młodych czarodziejów. Harry, Ron oraz Hermiona uśmiechnęli się do siebie, wiedząc, że od tego dnia ich życie ma zmienić się o 180 stopni.
- No już, szybko! Czy wszystko wzięliście? Macie różdżki! Ojej, bym zapomniała! - Pani Weasley biegała w tę i z powrotem po domu. Była bardziej zestresowana niż Golden Trio, które starało się nie wybuchnąć śmiechem, gdy Molly wpychała im do rąk śniadaniówki z kanapkami oraz sokiem dyniowym w butelkach.
- Mamo, przecież dziś wieczorem będziemy w domu! Nie przejmuj się tak! - Ron spojrzał pobłażliwie na kobietę, która usilnie siłowała się z jego zamkiem od kurtki, zapominając, że jej syn ukończył już osiemnasty rok życia.
- Nie przejmuj się? Nie przejmuj?! TY RONALDZIE WEASLEY KAŻESZ MI SIĘ NIE PRZEJMOWAĆ? Przecież wiem, jacy jesteście! Młodzi i lekkomyślni! Ja, gdybym wybrała karierę aurora-
- Gdybyś ty, kobieto wybrała karierę aurora, to twoją główną bronią byłoby tuczenie swoich ofiar. - zaśmiał się George, wkraczając do kuchni - Lepiej idźcie już, bo matka zaraz oszaleje. - rzucił w stronę przyjaciół i uśmiechnął się promiennie do Molly.
- Tak, masz rację. Nie możemy się spóźnić. - odrzekł Harry i sięgnął do małej torebki, która leżała na kominku. Wyjął z niej garść proszku Fiuu, przypominając sobie dzień, w którym po raz pierwszy dane mu było go użyć. Zamiast ulicy Pokątnej wypowiedział wtedy słowa ''na Przekątną'' i gdyby nie Hagrid, to ta wyprawa mogła się skończyć dla niego niezbyt przyjemnie.
        Wybraniec zaśmiał się pod nosem i wszedł do kominka. Spojrzał na Ginny, przypominając sobie ich ostatnią noc, którą spędzili bynajmniej nie na spaniu.
- Ministerstwo Magii - powiedział głośno i wyraźnie, a chwilę później zieleń ognia zmieszała się z zielenią jego oczu.
       Moment później Ron i Hermiona powtórzyli jego czyn, zostawiając za sobą Norę i panią Weasley, która ukradkiem otarła łzę, spływającą z jej oka. Nawet nie zdążyła się obejrzeć, a jej dzieci - bo przecież Hermionę i Harry'ego też mogła nimi nazywać -  już dorosły. Jeszcze trochę i doczeka się ślubów, wnuków i kto wie czego jeszcze.



        Troje przyjaciół podążało korytarzami Ministerstwa. Co jakiś czas w mijanym tłumie migały im znajome twarze, lub słyszeli głosy, które należały do znanych im osób. Ministerstwo Magii tętniło życiem, tak jak za starych czasów, jednak coś się zmieniło. Atmosfera była zupełnie inna. W powietrzu jakby unosiła się radość, oraz zapach ogniska domowego i... Hogwartu.
       Harry, Ron i Hermiona weszli do windy. Dziewczyna wcisnęła odpowiedni guzik i chwilę później do ich uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk. Znaleźli się w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Golden Trio wyszło z krótkiego korytarza i ich oczom ukazała się ogromnych rozmiarów sala, na której ścianach umieszczone były, także ogromnych rozmiarów, drzwi. Na środku pomieszczenia znajdował się pomnik. Gdy Harry, Ron i Hermiona zorientowali się co przedstawia, czarodzieje będący przy tym zdarzeniu zaklinali, że słychać było głuchy odgłos ich szczęk upadających na podłogę. Marmurowy pomnik przedstawiał bowiem... ich samych. Święta Trójca z wyciągniętymi różdżkami, gotowa do walki. Niby nic szczególnego - w końcu w magicznej części świata pojawiło się wiele pomników przedstawiających Harry'ego Pottera oraz jego przyjaciół - jednak kto by pomyślał, że pierwszego dnia pracy czeka ich taka niespodzianka? Nie dane im jednak było długo wpatrywać się w postument, ponieważ chwilę później z oszołomienia wyrwał ich donośny śmiech: 

- No proszę, widzę, że odkryliście już naszą najnowszą atrakcję - Kingsley położył młodemu Weasley'owi rękę na ramieniu. 
- A-atrakcję? Kingsley'u, co to ma być, na Merlina? - Hermiona pierwsza pozbierała szczękę z podłogi. 
- No błagam, nie mówcie, że się wam nie podoba! Nie bądźcie tacy skromni! - Minister Magii patrzył na nich z zawadiackim uśmiechem, który znacznie odmłodził jego zmęczoną już trochę życiem twarz. Nie doczekał się jednak odpowiedzi, bo cała trójka wpatrywała się w niego z zaszokowanym wyrazem twarzy. Shacklebolt zaśmiał się krótko, po czym chwilowo skierował ich myśli na inny tor, wskazując na pierwsze drzwi od lewej: 
- Tam jest Wydział Substancji Odurzających, następnie Biuro Wykrywania i Konfiskaty Fałszywych Zaklęć Obronnych i Środków Ochrony Osobistej - wyrecytował, wskazując na drugie drzwi. Widząc, że troje czarodziejów podąża za jego dłonią, kontynuował - dalej mamy Służby Administracyjne Wizengamotu oraz Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów i wreszcie
Urząd Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli, czyli, jak pewnie wiesz, wydział twojego ojca, Ron. No i wreszcie - przeniósł rękę na ostatnie drzwi od lewej, pierwsze od prawej - Kwaterę Główną Aurorów. Chodźcie za mną. - Minister podążył do masywnych, czarnych drzwi, na których złote litery układały się w dwa słowa: Biuro Aurorów

        Pierwszym wrażeniem Harry'ego, Rona i Hermiony po wejściu do Siedziby Aurorów było uderzenie gorąca, oraz duszący i zarazem przyjemny zapach. Wielkie pomieszczenie urządzone było skromnie, jednak nader przytulnie - czarodziejom przypominało trochę Pokój Wspólny Gryffindoru. Czarne ściany zostały złagodzone przez miły i delikatny blask świec umieszczonych w kinkietach, które na pierwszy rzut oka wydawały się być jedynym źródłem światła w sali. Na również czarnych kafelkach podłogowych rozłożony był granatowy dywan, a obok ściany postawione były trzy, wielkie, obite skórą kanapy. Zaraz przy nich znajdował się duży, ozdobny kominek, w którym języki ognia zdawały się prowadzić jakiś radosny taniec. Na przeciwległej ścianie natomiast umieszczona była ogromna tablica, na której wisiały wszelakiego rodzaju ogłoszenia i artykuły o czarnoksiężnikach, którzy cały czas przebywali na wolności. Obok zaś wisiały obrazy. Cztery obrazy w srebrnych ramach, a w nich osoby dobrze Złotemu Trio znane. Hermiona zaśmiała się pod nosem, gdy drzemiący w pierwszym Alastor Moody wydał z siebie chrapliwy dźwięk, łudząco przypominający chrumkanie świni. Drugi obraz był pusty, jednak dziewczyna domyśliła się, że musi należeć do Rufusa Scrimgeoura. W następnym Tonks uśmiechała się do niej radośnie, a jej włosy przybrały kolor wściekłego różu. Ostatni portret zamieszkiwały dwie osoby. Frank i Alicja Longbottom spoglądali ciepłym spojrzeniem na przyjaciół swojego syna. 
       Na ostatniej ścianie, przeciwnej do wejściowej, umieszczone była para drzwi, oraz łuk, prowadzący do długiego, wąskiego korytarza, po którego obu stronach znajdowały się dziesiątki kolejnych drzwi, każde z wypisanym złotymi literami imieniem i nazwiskiem danego aurora.
       Dopiero po dokładnym rozejrzeniu się po całym obiekcie, wzrok Harry'ego, Rona i Hermiony padł na środek pokoju, na którym stało może około piętnastu osób, każdy w charakterystycznym dla aurorów stroju. Nagle, jakby w zwolnionym tempie rozległy się powitalne okrzyki, każdy chciał uściskać nowych kolegów i choć nie znali się jeszcze, to Golden Trio widziało już, że atmosfera tego miejsca z pewnością może równać się z atmosferą Hogwartu. 
      

       Na stanowisku aurorów dotychczas pracowało szesnaście osób oraz Kingsley, który jednak po awansie na Ministra Magii nie miał dość czasu, by zajmować się zwalczaniem czarnoksiężników. Harry, Ron i Hermiona poznali czternastu z nich. Jak się dowiedzieli, dwójka pozostałych była w tamtym czasie na misji. Ponadto, w Siedzibie Aurorów pracowała jeszcze jedna osoba, która właśnie prowadziła z Hermioną ożywioną dyskusję. Nazywała się Miranda Barrens, miała osiemnaście lat i była uzdrowicielką. Już odkąd miała kilkanaście lat przejawiała bardzo duże umiejętności lecznicze, więc gdy tylko osiągnęła pełnoletność ubiegała się o stanowisko uzdrowiciela aurorów w Ministerstwie. Miała dość długie, brązowe włosy, które spływały kaskadą na jej ramiona. Duże, jasno-zielone oczy świetnie komponowały się z jej lekko zaokrągloną buzią i malinowymi ustami. Z charakteru również wydawała się być bardzo sympatyczna, choć trochę dziecinna; od pierwszego słowa jednak przejawiała optymistyczne nastawienie do świata. 
       Oprócz Mirandy, była jeszcze jedna osoba, z którą Golden Trio udało się wymienić więcej niż dwa zdania. Jasmine Oghal, czarnoskóra, dwudziestopięcioletnia samotna matka. Kształciła się w Szkole Magii Uagadou w Afryce, a w wieku siedemnastu lat przyjechała do Anglii, poświęcając trzy lata na szkolenie aurora. Gdy miała dwadzieścia trzy lata zaszła w ciążę, a jej partner uciekł gdy tylko o tym usłyszał. Kobieta jednak nie poddała się i urodziła dziewczynkę. Pomimo trudności nie zrezygnowała z zawodu i postanowiła pogodzić ze sobą opiekę nad dzieckiem i niebezpieczną profesję. Ku zaskoczeniu trójki przyjaciół, Jasmine oprócz wiary w siebie miała jeszcze jeden dodatkowy atut - była animagiem. Zdolność przemieniania się w jaskółkę opanowała jeszcze przed piętnastym rokiem życia.
       Niestety, Złote Trio nie dostało wiele czasu, żeby bliżej poznać nowych kolegów po fachu. Każdy z nich bowiem miał wiele obowiązków. Również Kingsley musiał się zmyć, na wskutek wiadomości o awarii w Departamencie Tajemnic. Na szczęście był to zwykły problem z oświetleniem.
       Tym sposobem, opiekę nad trojgiem czarodziejów przejęła Miranda, która skrzętnie oprowadziła ich po całej Kwaterze, nie pomijając dwójki tajemniczych drzwi, które Hermiona zauważyła na początku. Jak się okazało - za pierwszymi znajdowało się biuro młodej uzdrowicielki, a za drugimi kuchnia dla aurorów połączona z maleńką jadalnią. Następnie dziewczyna poprowadziła ich korytarzem i zatrzymała się, gdy doszli do końca. ''Harry James Potter'', ''Ronald Weasley'', ''Hermiona Jean Granger'' i ''Dracon Lucjusz Malfoy'' - były to napisy na czwórce ostatnich drzwi z lewej i prawej strony.
- Musicie wiedzieć, że każde osobne biuro ma swoją hm, parę. Próbuję przez to powiedzieć, że pokój każdej osoby jest połączony z innym. Zobaczcie. - zaczęła Miranda i otworzyła drzwi od biura należącego do Harry'ego. Rzeczywiście, na ścianie łączącej pomieszczenie z biurem Rona znajdowały się drewniane drzwi przez który można było dostać się od razu do pokoju Weasley'a.
- Wprowadzono to zaraz po aresztowaniu Dawlisha, może go pamiętacie. Były auror, przestrzegał zasad śmierciożerców. Dzięki temu możemy łatwo kontrolować, czy aby ktoś tu nie jest zdrajcą - bo niby jak miałby knuć coś złego wiedząc, że inny auror może w każdej chwili to zobaczyć? Ponadto ułatwi to pracę, bo jeśli macie z czymś problem od razu możecie zgłosić się o pomoc do sąsiada. Nie macie się też czym martwić w razie, gdybyście wyjechali na misję, a wasza para zostałaby tutaj. Nie ma opcji, by ktokolwiek szperał w waszych papierach, bo w takim przypadku drzwi zamykane są specjalnym zaklęciem, na które nie podziała nawet Alohomora. - dziewczyna wyrecytowała formułkę tak, jakby wcześniej co najmniej cały dzień uczyła się jej na pamięć.  

- Mirando... - Hermiona nagle uzmysłowiła sobie coś, nad czym wcześniej się nie zastanawiała - Skoro biuro Rona łączone jest z biurem Harry'ego, to czy to oznacza, że ja będę swoje dzielić z Malfoy'em? - w tym samym momencie jej przyjaciele spojrzeli na nią zaszokowani. Ron zrobił się fioletowy na twarzy, ale chwilę później jego skóra przybrała odcień jego włosów. 
- Hm, na to wygląda. Czy to jakiś problem, Herm? 
- Wiesz, jakby to powiedzieć... za czasów szkolnych nie przepadaliśmy za sobą - odpowiedział za dziewczynę Wybraniec. 
- Cóż, przykro mi, ale musisz to znieść - uzdrowicielka uśmiechnęła się przepraszająco - Kingsley specjalnie umieścił was razem. Powiedział, że ty chyba będziesz najlepiej kontrolować byłego Śmierciożercę. Cóż, to już chyba wszystko, co musicie wiedzieć. Dziś nie będziemy was niepokoić - to dzień, który macie spędzić na oswojeniu się z tym miejscem.
       W tej samej chwili drzwi do Kwatery Głównej Aurorów otworzyły się. Minister Magii wszedł do pomieszczenia, a za nim dwoje blondwłosych mężczyzn. Golden Trio spojrzało na siebie ostatni raz i by uniknąć niemiłego spotkania z Lucjuszem Malfoy'em każde weszło do swojego biura. 
      Hermiona weszła do pomieszczenia i rozejrzała się. Pokój urządzony był dość skromnie, jednak przytulnie. Wszystko w stonowanych kolorach, dominowały biel i błękit. Ponadto jasnobrązowe biurko, a na nim sterta papierów, elegancko jednak poukładanych. Na dużej, także z jasnego drewna szafce z wieloma półkami stały książki, których większości młoda czarownica o dziwo nie rozpoznawała. Tytuły typu ''Jak pokonać czarną magię'' oraz ''Od kadeta do aurora'' nie były jej znane, a przecież spędziła godziny na czytaniu książek, które mogły przygotować ją do zawodu. 
W rogu pomieszczenia stała mała, błękitna sofa i stolik do kawy. Oprócz tego była jeszcze komoda, w której znajdowało się wyposażenie oraz specjalne szaty i mikrych rozmiarów, marmurowy kominek. Na podłodze rozłożony był biały, puchowy dywanik, a pozostałe miejsce na ścianach zajmowało dwoje drzwi. Jedne, te z jasnego drewna, prowadziły do małej łazienki z umywalką, toaletą, a nawet prysznicem. Drugie drzwi natomiast - jak słusznie domyśliła się Hermiona - były drzwiami od biura Malfoy'a. Dziewczyna zawahała się przez moment, ale w końcu nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły i nie wydały z siebie nawet skrzypnięcia. Pokój, który się za nimi znajdował był kompletnym przeciwieństwem tego, w którym ona sama miała pracować. Urządzony elegancko, z meblami z ciemnego drewna i ścianami w kolorze głębokiej zieleni. Hermiona postąpiła parę kroków naprzód i podeszła do biurka. Samo wyposażenie niewiele różniło się od tego w jej biurze, jednak jeden mały szczegół przykuł jej uwagę. Dziewczyna podniosła małą, srebrną ramkę i spojrzała na zdjęcie. Ku jej najgłębszemu zdumieniu, przedstawiało ono nikogo innego, a Narcyzę, która trzymała w ramionach kilkuletniego Dracona. Co dziwniejsze, oboje... uśmiechali się. Hermiona mogła przysiąc, że nigdy nie widziała, żeby któreś z nich uśmiechało się. Oprócz ironicznego uśmiechu, oczywiście, bo ten widywała bardzo często na twarzy byłego Ślizgona. 
       Nagle z zamyślenia wyrwały ją zbliżające się kroki dwóch osób i głos Mirandy, wyraźnie powtarzający formułkę, którą paręnaście minut temu wypowiedziała też im. Hermiona zastygła w przerażeniu, a dźwięki butów na posadzce Biura Aurorów zbliżały się nieubłaganie. Dziewczyna pospiesznym ruchem odłożyła zdjęcie, o mało co go nie upuszczając. Spojrzała szybko w stronę drzwi i zobaczyła, jak ich klamka porusza się ku dołowi. Prawie potykając się o własne nogi ruszyła biegiem do swojego biura. Zdążyła w ostatnim momencie zatrzasnąć za sobą drzwi i oparła się o nie, oddychając ciężko. Słyszała, jak Malfoy wchodzi do pokoju. Mogła sobie wyobrazić, że podchodzi do biurka i podnosi zdjęcie, które jeszcze chwilę temu ona sama trzymała w dłoni. 





Dochodziła godzina siedemnasta. Hermiona spędziła cały dzień na studiowaniu papierów i porządkowaniu ich do odpowiednich przegródek w szufladach. Nie sądziła, że będzie to zajęcie tak czasochłonne, jednak musiała przyznać, że trochę ją zrelaksowało. Po ukończeniu Hogwartu brakowało jej obowiązku czytania pergaminów i zajmowania się zwykłą nauką, którą przecież tak bardzo lubiła. Po uporządkowaniu wszystkich papierów, jakie tylko znalazła w swoim biurze, podeszła do komody. Widząc fiolkę Eliksiru Wielkosokowego uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie stare czasy. Ponadto znalazła tam jeszcze mieszek z proszkiem Fiuu oraz miotłę, która za sprawą jakiegoś magicznego zaklęcia zmieściła się w meblu. Gdy zamierzała otworzyć ostatnią szufladę, usłyszała pukanie. 
       Pukanie to bynajmniej nie dobiegało z drzwi frontowych; wprost przeciwnie, źródło cichego dźwięku z pewnością znajdowało się w pokoju Malfoy'a. Dziewczyna stanęła przy biurku i ręką pomacała różdżkę w swojej kieszeni - tak na wszelki wypadek. Chwilę później drzwi otworzyły się z wolna, a były Śmierciożerca wlepił w nią świdrujące tęczówki. 
- Dzień dobry, Granger. Wybacz, ale skoro jestem skazany na szlamę, to chyba musimy ustalić sobie kilka zasad.

Zostań!

Proszę, jeśli przeczytałeś, nieważne - podobało Ci się czy nie, skomentuj! Zostaw po sobie jakikolwiek ślad, bo to moja jedyna motywacja! Z krytyką włącznie.